CÓRKA PASTORA
Wiersz Brzasku nr 215.
Raz w swym porannym kazaniu Pastor omówił grzech pierworodny, Mówił o gniewu Bożego wywołaniu, Że odtąd każdy kary był godny. Że w myśl woli, ku radości Pana Każda dusza, wyjąwszy wybrane, Została na męki wieczne skazana I wszystkie tak odtąd będą traktowane. Nigdy przez błędne wierzenie Dusza tak próbie nie była poddana I nigdy okrutne sprawy przedstawienie Tak wielu serc czułych nie zwiodło sług Pana. A po bolesnym tym kazaniu Tego pięknego dnia pierwszego Ze swą córeczką szedł pastor małą Wśród kwiecia jabłoni majowego. Wśród świeżych, bujnych łąk zielonych Ptaszek ukryty wznosił śpiew, A nad nim płatki pochylone Zwiesił rząd w sadzie kwitnących drzew. Widząc tę chwałę, to piękno wokoło Pastor uśmiechnął się wzruszony. Jak dobry Pan, to jego dzieło. Dar każdy, córeczko, przez Niego stworzony. Popatrz, w tym kwiatku jabłoni, W tym fiołku kwitnącym w trawie Ukryty jest obraz, który znali Oni, Gdy w Rajskim Ogrodzie mieszkali łaskawie. Córeczka na to odpowiedziała, Depcząc biel śnieżną i kwiaty różowe: Ojcze! To wszystko, choć tak wspaniałe, Wydaje się wstrętne, takie surowe. Gdyby nie było Ogrodu Eden, Nigdy by grzechu nie było I gdyby kwiatek nie zakwitł żaden, Bożej miłości, by nam nie ubyło. Cicho, dziecinko, rzekł ojciec stroskany, Nie nasze są Boga wyroki. Cel Jego działań ukryty, nieznany, Lecz wiemy, że dobre są Jego kroki. A jeśli nawet z Jego woli Spotka nas dobro czy też zło, Światłość czy cień lub nas zaboli, My mamy czcić i kochać Go. A ja się boję – odrzekła dziewczynka, Choć staram się Go miłować, Bardzo bym chciała, by ciebie przypominał, Aby kochając, czułości nie żałował. Duchowny jęknął cicho, Gdy ujrzał córki wargi drżące I oczy wielkie i łez grochy I wzrok utkwiony, pytający. Skłoniwszy głowę zamyśloną Rozważał słowa dziecka swego. Czyżby w poglądach był zagubiony? Czyżby Mistrzowi przyczynił złego? Jakiemuż bóstwu okrutnemu Przypisał to Najświętsze Imię? Czyż wstyd przynosił Prawdziwemu, Choć z serca kochał i uczciwie? Popatrzcie! Jak z piękna przyrody całej, Z niebios nad sobą wspaniałości I z twarzy córeczki swej małej Pastor otrzymał lekcję miłości. Odtąd nie straszny jak ciemne chmury Z Zakonu obraz i z Synaju, Lecz obraz Boga widział, w Chrystusie, który Jak róża sarońska zakwitł przy zdroju. I tak jak kiedyś na stokach Horebu Jego obecność była znana Jako straszliwa siła i z niebios chwała, Która dobrocią bez granic się stała. Od tamtej chwili już słyszano W modlitwach pastora czulszą nutę, Słów nienawiści nie spotykano, Żadne z nich jadem nie było zatrute. Odtąd kazania modlitwie służyły, Oczy zaś ślepych wzrok odzyskały, Serca, co przedtem kamienne były, Pod wpływem słów dobrych miękkie się stały.