NARESZCIE SŁODKA HARMONIA
Wiersz Brzasku nr 204.
Siedziałem samotnie przy organach, A dzień chylił się do swego końca, Na szyby szkarłatne kładły się promienie Zachodzącego dostojnie słońca. Próżnym trudem byłem umęczony, Serce wypełniał mi wielki smutek, Chciałem wyciszyć słodkimi go tony, Głosem tak miłych dla serca nutek. Lecz ręce me były słabe i drżące, Palce niezdolne wyrazić pragnienie, By zagrać hymn stary, wspaniale brzmiący, Który napełniał mą duszę swym brzmieniem. Wśród trosk i zmartwień dnia długiego Marzyłem o tej pięknej chwili, Gdy znów dźwięk tonów hymnu tego Swym brzmieniem życie mi umili. Popłynął jednak spod mych dłoni Sprzeczności dźwięk pełen, niedomówień, Lecz nie wiedziałem, jak z dźwięków toni Usunąć fałszywe, których nie rozumiem. Trudziłem się zatem w cierpliwym znoju, Aż zgasły ostatnie jasne promienie I purpurowe cienie wieczoru Zebrały się dnia w noc czyniąc przemienienie. Wtem muzyk, mistrz jakiś, przy mnie stanął I hałaśliwych dotknął klawiszy. Słuchajcie! Jak pięknie, bez fałszu zagrał, Błąd w doskonałej rozpłynął się ciszy. Słuchałem, jak wdzięcznie grają organy Melodię, której zagrać nie umiałem, Hymnu, co grał mi w uszach od rana, Który wypełniał mi duszę dzień cały. W dół przez ciemną katedry niszę Popłynął strumień muzyki I w zacienionych naw wdarł się ciszę Leniwym echem wpełzł na świeczniki. Stałem w purpurowym zmierzchu, Słuchając znowu melodii tej grania, Nie nieporadnej, pełnej przeszkód, Lecz mistrzowskiego wykonania. Czasami myślę, że to być może, Iż Mistrz u schyłku naszego żywota Weźmie z rąk naszych, dobry Boże, Ową muzykę, która dla nas kłopotem, I poprzez zgrzyty jej usłyszy Melodię, choć tylko wpół zagraną, I w doskonałą muzykę ją zmieni, Gdyż część brakująca będzie dodana.