Życiowe burze mijają

Burza runęła mocnym podmuchem,
Perlistą poranka strząsnęła rosę.
Promieniem się później stała, dającym otuchę,
A chmura ciemna zniknęła w niebiosach.

Wiem, że to na chwilę, że całkiem nie minie,
Że walka nieba z ziemią nie ustaje,
Że sztorm się prędko nowy rozwinie,
By zmącić spokój, który nastaje.

Ja jednak cieszę się tą burzą,
Nie żebym kochał ją przewrotnie,
Lecz wiem, że sztormy, nawet duże,
Odchodzą od nas bezpowrotnie.

Jęk nasz więc żaden nie bywa daremny
I już się nigdy nie powtórzy.
Gdy raz został wydany przeze mnie,
O jeden jęk zmniejszył cierpienia podróży.

Gdy słabnie smutek, radość się rodzi,
Pociechę przynosi przeżycie zmartwienia.
Nawet najbardziej cierpiących nagrodzi
I ulgę przyniesie wcześniejsze niesienie brzemienia.

O jeden krzyż mniej mam do niesienia,
Wczoraj niesiony nie do mnie należy,
Dzisiejszy jutro nie ma znaczenia,
A z przyszłym jutro należy się zmierzyć.

To, w co miniona przeszłość bogata,
Przyszłości naszej zostało zabrane.
Ubywa smutnych bagaży świata
I fala zgryzoty rozbita zostanie.

Sztorm, który wczoraj tak wzburzył morze,
Pod równą jego zniknął tonią.
O jeden sztorm mniej, dobry Boże,
Wnet niebo i ziemię odnowisz Swą dłonią.