Światłość i ciemność

Raz rankiem do Boga się modliłem:
Lekki brzemienia Twego ciężar wszystek
I jarzmo Twe prawdziwie jest wdzięczne,
A Słowo Twe, Panie, kryształowo czyste,
Gotów więc jestem Ci służyć,
Czekam tylko Twego rozkazu.
I śmiało naprzód ruszyłem,
Nie zbaczając z drogi ni razu.

Lecz odczułem śmiertelne zmęczenie,
Gdy swą ciemność noc roztoczyła.
Omdlałem pod moim ciężarem,
A droga bardzo mi się dłużyła.
Słowa Jego obietnic straciłem,
Dziełom nie wyznaczyłem końca,
Płacząc prosiłem o trochę jasności,
Równą drogę i choć odrobinę słońca.

Wtedy głos rozległ się w mroku,
Niewidzialnego głos Przyjaciela:
Zawsze jestem przy tobie
I śmierć nas nie rozdziela.
Trzeba było ciemności nocy,
I trudnej, długiej drogi,
I opieki wiernego Pasterza,
By do Niego zawróciły me nogi.